Wielka Wojna Ojczyźniania

Rozdział 1 - Powrót do domu
Kozaq, DogMeat

Trzeciego maja 2057 roku siły armii Księżyc stoczyły walną bitwę z najeźcami. Wielki pogrom ziemskiej floty dał Psom całkowity dostęp do Układu Słonecznego. Dwa dni później Psy zaatakowały samą Ziemię.

24 kwietnia 2057

- Tak... Rozumiem... Dobrze... Tak, tak wiem... Tak, zrozumiałem, zjawię się tak szybko jak tylko będę mógł... - Dogmeat powoli odłożył słychawkę na widełki. - 24 kwietnia 2057 roku, jedno z tych popołudni których nie powinno być... - pomyślał.
Odwrócił się do Pauliny.
- Musze jechać, dostałem wyraźny rozkaz, jak nie pojadę, zostanę oskarżony o dezercję!
- Ale proszę cię, zostań... Nie... Nie możesz jechać!
- Muszę, kochanie, muszę.
- Ale... co będzie z nami?
- Odwiozę cię do sztabu kryzysowego, sam muszę jechać do mojej jednostki.
- A możesz chociaż powiedzieć dlaczego?
- Ech... Dzwonili do mnie ze sztabu... Jacyś obcy wdarli się do Układu Słonecznego wcześniej niszcząc parę statków PMG... Nie wiem dokładnie... Kazali mi przyjechać... Ogłoszono mobilizację sił.
- Nie chce żebyś jechał!
- Ja też nie chcę... Może to fałszywy alarm... Może to tylko ćwiczenia? Kto wie... Wiem tylko że musze jechać... - cichy płacz zaczął wypełniać pokój - Nie martw się, Paulina, wszystko będzie dobrze... Odwiozę cię do centrum kryzysowego, a sam pojadę na zgrupowanie.
- To chociaż weź to...
- Hmm?
- Krzyżyk, na szczęście...
- Dziękuję...

Nie ma nic cenniejszego nad życie, dlatego też właśnie ono jest najcenniejszym podarunkiem. Ale życie nie ma swej ceny, gdy ojczyzna przestaje istnieć. Bo czymże jest człowiek bez swojego miejsca? Bez swej ojczystej ziemi? Tylko żebrakiem proszącym o jałmużnę, błąkającym się po świecie bez swojego miejsca, bez swego domu. Więc jeśli życie jest najcenniejsze, to tylko dlatego, że ma gdzie się zaczynać i kończyć. Dlatego też śmierć w obronie Ojczyzny nie jest ofiarą, jest darem dla innych, prośbą o lepsze jutro, podarunkiem w imię jej przyszłości. Jest czynem bohaterskim...

2 maja 2057 roku, Wrocław, Główny sztab mobilizacyjny

- Cisza! Cisza! Zebraliśmy się tu na rozkaz Naczelnika. Siły Polskiej Marynarki Gwiezdnej zostały zaatakowane! Sądzimy, iż niedługo zostanie przypuszczony atak na Ziemię. Główne siły PMG formują się teraz w okolicach Księżyca, by odeprzeć atak.
- Ale co my mamy do tego??
- Brygadierze Dogmeat, proszę poczekać na wyjaśnienia. Otóż w razie niepowodzenia PMG musimy sformować obronę na wypadek inwazji - na sali rozległ się rumor - Cisza! Cisza!... Zachować ciszę! Tak komendancie Kozaq?
- Przecież siły PMG są nie do pokonania, nie rozumiem czemu cały ten strach?
- Dlatego, że już raz zostały pokonane... 2 kwietnia została zerwana łączność z głównymi siłami uderzeniowymi Armii Mars, a 7 kwietnia, o czym zapewne panowie oficerowie widzą, został zniszczony sam Mars. Właśnie dlatego formujemy obronę naziemną, tylko i wyłącznie na wszelki wypadek, gdyby którejś z obcych eskadr udało się przedrzeć przez siły PMG i wylądować na Ziemi.
- Ale my się zajmujemy pacyfikowaniem miast, a nie ich obroną!
- Dlatego też, brygadierze Dogmeat, to właśnie tacy jak wy zostali włączeni do V PKI. Potraficie się przystosowywać! I właśnie tą umiejętnością będzie musieli się wykazać! W teczkach przed wami są plany obrony Warszawy, musicie się z nimi zapoznać i przygotować na ewentualną akcję odparcia ataku. Jutro dokładne objaśnienia, a teraz, rozejść się! Oficerze Kozaq, oficerze Dogmeat, wy jeszcze na chwilę zostańcie.
Kiedy wszyscy wyszli, oficer prowadzący zwrócił się do pozostałego w sali Kozaq'a i Dogmeata.
- Ekhm, mogę prosić o cisze??
- Widać że dopiero awansował- Dogmeat szepnął do Kozaqa - Miły wypierdek, kurna...
- Macie cos do powiedzenia, brygadierze Dogmeat??
- Nie, nie...
- A więc, plany uległy zmianom. Komendant Kozaq oraz brygadier Dogmeat zostają skierowani do fabryki Skoda - FSO, znajdującej się w Mladzie Bolesław. Obstawa zgodnie z uznaniem dowódcy.
- A w celu?
- W celu wyższych celów Armii Wielkiej Rzeczpospolitej, komendancie Kozaq. Jakieś nowe zabawki dla was mają. Są jakieś pytania??
- ...
- Nie ma, więc rozejść się! W Mladzie macie być jutro. Powodzenia!


Mlada Bolesław, 5 maja 2057, warsztaty Skoda-FSO

Chociaż hangar B301 był zazwyczaj miejscem wypełnionym ludźmi, technikami i monterami o różnych specjalnościach, o tej porze znajdowało się w nim tylko dwoje ludzi. Jednym był niewysoki starszy jegomość w białym fartuchu z byle jak wpiętą przepustką charakteryzującą starszych stopniem techników Neotechu. Drugi z nich, imieniem Dogmeat, był młodym dość wysokim brunetem, ubranym w lekko już znoszony czarny kombinezon z biało-czerwonymi lampasami; plamy oleju znaczyły rękawy i front uniformu jednostek zMECHanizowanych a na ramieniu pyszniły się znienawidzone w wielu krajach dwa czarne miecze na zielonej tarczy.

- Doktorze, może przełączymy tę wiązkę na drugi obieg? Obejdziemy w ten sposób układ radaru... Nie chciałbym stracić obrazu podczas walki, kiedy włączę kamuflaż...
- Panie brygadierze... skoro się już pan uparł na akurat TEN model, to chociaż zróbmy to tak, żeby ktoś, kto będzie to naprawiał, nie musiał dzwonić do nas i się pytać gdzie idzie wiązka aktywnego kamuflażu bo jej znaleźć nie można... Ech, dlaczego pan nie wymienił mecha na nowego tak jak wasz dowódca?
- Eee, mech komendanta jest o połowę mniejszy od mojego "ducha". Poza tym, lubię mieć ze sobą dużo broni, duch jest dużo lepiej uzbrojony...
- Ech, kłócił się nie będę... Bierzmy się do roboty.

Prace przerwała im syrena alarmowa oraz komunikat dobiegający z radiowęzła. "Uwaga! Uwaga! W obrębie polskiej przestrzeni planetarnej wykryto ruchy flot nieznanego pochodzenia, floty są nastawione wrogo i zmierzają w kierunku planety. Wszystkie jednostki przebywające na terenie zakładów należy jak najszybciej oddelegować do obrony macierzystych kompleksów wojskowych!"

- O kurwa, ktoś nas zaatakował? Dlaczego do tego bunkra nie docierają żadne informacje na czas? Nie wykryli ich wcześniej? Doktorze, proszę dokończyć montaż tak szybko jak to możliwe, ja muszę powiadomić komendanta...

Dogmeat udał się w kierunku hangarowego terminalu komunikacyjnego.

W tym samym czasie kilkaset metrów wyżej, na powierzchni ziemi, 10-metrowy tytanowy kloc stał pośrodku betonowego placu, kilkadziesiąt metrów dalej dymiła stopiona i przysmalona kupa gruzu jeszcze kilka minut temu mająca formę jednorodzinnego domku średniej wielkości.

- Bateria pusta - migał na czerwono napis na środku ekranu kokpitu. Pilot zgasił papierosa w popielniczce obok fotela, wentylacja wyciągnęła resztki dymu z ciasnego pomieszczenia. "Do dupy z taką bronią co to strzeli parę razy i się kończy amunicja, nie ma jak gauss" _ pomyślał. Kilka ruchów ręki pilota uruchomiło tryb pisania, gniazdo na karku zapiekło, przed oczyma oficera pojawił się tekst raportu na temat nowej broni i jej wad.

- Będą musieli wpiąć to do głównego obiegu rdzenia, inaczej nie ma sensu. - Kozaq pomyślał na głos. Gniazdo na karku zapiekło ponownie, ktoś spróbował się skontaktować, ktoś z wnętrza kompleksu Skody.

- CZEGO? - jak zwykle miło i kulturalnie zapytało intencje dzwoniącego Kozaq; bycie złym skurwielem do czegoś zobowiązuje.
- Pułkowniku musimy wracać do domu, ktoś atakuje Macierz, mamy zająć pozycje obronne w Warszawie - pełen przejęcia głos Bartka poruszył dowódcę.
- Kto wydał rozkaz i kto nas atakuje? - Kozaq chciał uzyskać więcej informacji. W jego głosie nie było śladu emocji.
- Rozkaz jest ogólny z góry, a kto atakuje nie wiadomo...
- Super, no dobra, budź resztę i wracamy...

Godzinę później na placu przed zakładami Skody, stało 5 BeeMek, jak się wkrótce miało okazać, wszystko co pozostanie z 25 dywizji wsparcia specjalistycznego, formacji mającej na sumieniu wiele miast w większości zakątków globu.

- Zobaczcie chłopaki jaki paradoks, do tej pory to przed nami próbowali bronić miast a teraz mamy bronić miasta przed kimś, nie wiem czy mi się nie pomyli... Hehehehe....
- Morda, kapralu. -warknął Kozaq przez radio _ Dobra, wypadamy na trasę do Wawy, jak znajdziemy się na autostradzie ustawić bieg na 70% prędkości, ruszamy!

Mechy ruszyły gęsiego jeden za drugim, oddalając się niespiesznie od zabudowań fabryki.


6maja 2057 roku. Warszawa
28 godzin po ataku

- Niezły burdel tu mamy, komendancie... - Dogmeat wpatrywał się w radar, szukając jakichkolwiek oznak życia - Zdaje się że nikt nie przeżył.
- A schrony? Nadaj sygnał do schronów, na pewno ktoś się uchował. Młody i Kizior, wypierdalać, przeszukać Pragę, ja zajmę się Grochowem. I co Dog?
- Nikt nie odpowiada. Spóźniliśmy się, kurwa, no spóźniliśmy...
- Idź sprawdzić Szpital wojskowy, ja idę na Grochów.
- Ta jest!
- Ocelot zostaje na tyłach, a teraz, ruszać dupy!

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia. Po ponad stu latach stolica znów wyglądała jak pogorzelisko. Budynki zrównane z ziemią. Puste ulice. Dookoła wraki samochodów. Gdzieniegdzie walające się ubrania i gazety o kolejnych sukcesach Wielkiej RP. W głowie najgorszy kontrast życia. Miasto wypełnione głosem ludzi, a teraz... Puste. Wymarłe. Jedyny ślad to przedmioty należące niegdyś do mieszkańców stolicy, nic więcej. Do tego najchłodniejszy poranek w życiu. Blask wschodzącego słońca przebijający kłęby dymu. Życie wita śmierć.

- Komendancie Kozaq, ktoś przeżył u was?
- Nie widać żywej duszy... Włącz ogólny.
- Ta jest!... Chwila... Gotowe
- Młody, Kizior, gdzie się szlajacie do kurwy nędzy?!
- Przeszukujemy Pragę, panie pułkowniku. Nie ma oznak życia.
- Przeszukiwać dalej! Dog, jak szpital?
- Żywej duszy, pułkowniku.
- To pędzisz do Starej i okolic!
- Ta jest!
- I nie mów: ta jest!
- Ta jest, panie komendancie!

Dom rodzinny. Wygląda tak samo jak Warszawa. Jedynie serce bardziej boli...

- Komendancie Kozaq...proszę o zezwolenie opuszczenia mecha na 10 minut
- Po kiego?!
- Chcę przeszukać swój dom...
- Zezwolenie udzielone.

Jeden guzik, i kable podłączone na karku chowają się gdzieś w górnej części kokpitu. Kilka wolnych, lecz zdecydowanych ruchów i kask wędruje na swoje miejsce, po prawej, tuż nad manetką kontroli celownika. Kilka szarpnięć za dzwignie, kolejna para guzików, i mech przysiada zaraz obok bunkra - pozostałości po II wojnie światowej. Obok jedynego budynku który od tylu lat się nie zmienił. Jedynego który przetrwał w całości.
Dom zmienił się w budynek pełen duchów. Bolesnych wspomnień o szczęściu i rodzinie. Kartki wirujące tuż przy wejściu przypominały babie lato które co roku wypełniało podwórko. Podłoga która jeszcze niedawno skrzypiała, teraz nie miała jak. Przywalona stertami gruzu, pogrążona w pyle. Pokój na piętrze przestał istnieć. Niektóre pozostałości po nim znalazły się w kuchni, inne w łazience na parterze. W dużym pokoju stare książki i album rodzinny. Kilka zdjęć.
- Przemek... - cichy głos, który po chwili umarł gdzieś w pyle.

Dogmeat schował kilka zdjęć do kieszeni. Pożegnał się ze starymi murami, które tyle dla niego znaczyły. Gdzieś po drodze zostawił parę kropel, które zmoczyły pustaki porozrzucane po podłodze.

- Żegnaj... Jeszcze kiedyś... Wszystko będzie jak kiedyś...

Tymczasem na Grochowie niewiele się zmieniło, ulice nadal były brudne, wszędzie pełno śmieci i tylko zniknęły psy puszczone luzem i żerujące w odpadkach... Wszystko tak, jak zwykle poza brakiem zabudowań... Stare domy z lat 60-tych i 70-tych XX wieku stanowiły teraz większe i mniejsze kupki gruzu. Kościół na Kobielskiej nie miał południowej ściany, blok mieszkalny naprzeciwko, nowszy od pozostałych, również nie ocalał. Góra gruzu zatrzęsła się pod wpływem niezbyt delikatnego postawienia metalowej pary stóp kilka metrów dalej. Mech przykucnął, z ciasnej kabiny wysiadł pilot. Kaburę przy pasku wypełniał przydziałowy glock, jedna z rąk oficera spoczywała na kolbie, druga szukała czegoś po kieszeniach. Z kieszeni na piersi wyjął paczkę fajek i odpalił jednego. Przykucnął w połowie drogi między pojazdem a zniszczonym budynkiem. I siedział tak, dopóki nie skończył palić, cały czas wpatrując się w pobojowisko. Przez te kilka minut nie wyrzekł ani słowa.

- Jakie to ciekawe zrządzenie losu - powiedział cicho Kozaq - Do tej pory to ja byłem tym który niszczył i zrównywał z ziemią. Przynajmniej wiem teraz, co czuły rodziny moich ofiar....

Wstał, wypluł niedopałek, i wsiadł do maszyny.

- Młody, Ocelot, Kizior, Dog! Raport, kurwa! - z przyzwyczajenia zrugał pozostały przy życiu oddział.
- Chwila... - zabrzmiał cichy głos Dogmeata, który właśnie dobiegał do mecha.
- U nas nic... Pusto... Kizior przeszukuje ruiny bloków, ale nic nie może znaleźć..
- Jestem, nikogo nie ma. Dom zrujnowany, ale samochodu też nie ma, może uciekli?
- Trzeba być dobrej myśli, Dog... Ocelot, a u ciebie?
- Nic!
- Dobra! Ruszać dupy na rondo Wiatraczna, ale migiem!

Kozaq powoli odchodząc od osiedla ostatni raz spojrzał za siebie. Sentymenty? To nie w jego stylu. Tylko co teraz jest takie jak dawniej...?

Rondo Wiatraczna, normalnie o tej porze pełne samochodów i ludzi udających się do pracy, było teraz zupełnie puste. Z licznych tramwajów i autobusów opuszczających jeden z największych węzłów komunikacyjnych w Warszawie dziesiątkami i rozjeżdżających się w każdy punkt stolicy nie pozostało praktycznie nic; dwa płonące wraki nocnych Neoplanów dogorywały na stanowiskach postojowych pętli. Schody jednej z ostatnich stacji drugiej linii metra pełne były kamieni i gruzów skutecznie blokujących zejście na dół. Ściana jednego z bloków poznaczona przestrzelinami z broni automatycznej i plamkami krwi wyglądało jak kulochwyt plutonu egzekucyjnego, widok ten wzbudził w Kozaqu pewne skojarzenia, aż dziwne ze nigdy się nie zastanawiał do czego tak naprawdę wykorzystywano jednostkę 1725. Rozkaz zawsze zawierał informacje o siłach terrorystów i partyzantki ukrywającej się wśród ludności cywilnej, dowództwo nie pochwalało poczynań puryfikatorów, ale zwykle przymykało oko na ich metody. Kozaq nie czuł nienawiści do wroga, prawdopodobnie byłby w stanie nawet go zrozumieć. Już dawno przekonał się, że cukierkowy obraz wojny kreowany przez massmedia Ministerstwa Cenzury to prostacka propaganda, wyzwolenie Wenezueli w normalnych warunkach nazwane zostało by masakrą, a agresor nie byłby bohaterem tylko ściganym przez prawo mordercą. Nieprawdą też było, że ludzie czekali na V PKI z otwartymi ramionami, częściej bywały to odbezpieczone cekaemy i erpegi. Pułkownika z zadumy wyrwał potężny huk, wywołany przez lecący wrak Sobieskiego z insygniami "Hell Drivers" który uderzył w ruiny bloku. Z kierunku z którego przytoczył się czołg wyszedł pacyfikator.
- Popierdzieliło cię? Kopać sobie wrakami po ulicach?- pilot pacyfikatora usłyszał głos dowódcy.
- Mojego domu nie ma... Nie został kamień na kamieniu... - łamiącym głosem wyjaśnił Kizior.

Kilka minut później 25 dywizja wsparcia, a raczej to co z niej zostało, stała na pustym placu wśród ruin Pragi. Pięciu żołnierzy którzy zwykle doprowadzali zabudowania do takiego stanu, stało w swoich maszynach w śród gruzów miasta które uważali za swoje.

Pierwszy odezwał się Bartek
- Wiesz co, Kozaq, czasami myślę... Po co było to wszystko?
- Co?
- Te wszystkie miasta, ludzie...wiesz? Teraz już nic nie jest takie białe jak kiedyś, nic nie jest jak kiedyś - Dogmeat powoli rozejrzał się po okolicy - Pomyśl jak musieli się czuć ci, których pacyfikowaliśmy, te wszystkie miasta, ludzie... życia...
- Brygadierze, rozkazy to rozkazy...- powiedział Kozaq - A teraz idziemy pod Ministerstwo Wojny, może w sztabie ktoś przeżył.

Po drodze na Aleje Jerozolimskie, na których znajdował się sztab, grupa mijała zniszczona okolice i wraki na ulicach, kilka pozostałości po Sobieskich i betoniarkach bojowych, gniazda dział stanowiły obecnie leje z kupkami złomu. Po dotarciu na miejsce oczom oddziału ukazał się widok straszny. W miejscu budynku ministerstwa widniał wielki krater, na krawędziach zeszklony piasek pękł pod naciskiem stalowej stopy.
- Heh, nigdy ich nie lubiłem po prawdzie, dobra, wrzućcie sygnał wywoływania na radio, zmieniać częstotliwość co jakiś czas, Dog ty sprawdź WAN miasta...

Po kilkudziesięciu minutach nasłuchiwania i lekkiej załamce, w radiu odezwał się ludzki głos.

- V1806, tymczasowa kwatera główna polskich Sił Zbrojnych, mówi plutonowy Zaraza. Zidentyfikujcie się

- Tu komendant Kozaq, oddział 1725, liczebnosć5, pełne wyposażenie bojowe, czekamy na informacje.

- Sygnał kierunkowy na kanale 206 za 30 sekund. Nadam wam współrzędne.
- Przyjąłem, będziemy tam tak szybko jak to możliwe.
- Nie rozjebcie drogi, to TAJNA baza, więc nie zostawiajcie śladów tymi waszymi transformersami gdzie popadnie!


Klik. Plutonowy wyłączył się.

- No, to panowie, jak słyszeliście, idziemy w stronę Chojnowa...
- Szefie, ale to są czarodzieje... Wiesz co mówią o jednostce Tancerzy Umysłu, nikt ich nie lubi w całym korpusie, to psychole i jeszcze mają brzydką zdolność widzenia co się myśli! - z wyrzutem zakomunikował Ocelot
- Taa, wiem co się mówi, ale znałem kiedyś jednego Tancerza, dziwny był, ale to dobry człowiek. Idziemy na miejsce spotkania, Płowiecką do Wilanowskiej i dalej Przyczółkową. Czy co tam z nich ocalało. Jazda!
- ... się szczury pochowały pod ziemia zamiast walczyć jak żołnierze...
- Kapral, nie mamrotać... - tym razem Dog skończył rozmowę.

Pięć ciężkich bojowych maszyn kroczących rozpoczęło swój marsz w kierunku miejsca wyznaczonego na spotkanie.

 


powrót

 

Hosted by korpusy.org