Wielka Wojna Ojczyźniania
Rozdział 5 - Wspominki hetmana
RemyLeBeau, Arnie
Jeszcze 7 maja 2057...
Rozmowa była krótka. Krótka acz treściwa. Ciągłe zagłuszenia mocno utrudniały
komunikację. Poza tym ta obawa że nas namierzą... Skoro byli w stanie
zagłuszć sprzęt nasz i PMG to można się było spodziewać wszystkiego...
Hetman Polny magAdan wskazał mi koordynaty gdzie mam się udać ze ścierwem
Psa. Z mojej strony padło tylko że nie mam zamiaru otwierać tego pancerza
bo obawiam się że może mieć jakąś niespodziankę w postaci czy to bomby
czy jakiejś pieprzonej chemii... Bierzemy go tak jak jest - w pancerzu.
Plan przewidywał że ruszymy ze świtem.
8 maja 2057
Wstałem jak zwykle dość wcześnie. Nie potrzebuję zbyt wiele snu pod warunkiem
że dzień wcześniej nie piłem, a pić póki co nie zamierzałem. Kędzior też
był już na nogach. Czekał na mnie. Raport jaki miał do przekazania nie
napawał optymizmem... Organizm Galskiego nie wytrzymał ilości prochów
jakie przyjął jednorazowo. Właśnie straciliśmy jedynego człowieka mogącego
zrobić coś więcej z elektoniką i kompami niż tylko podłączyć głośniki
do kompa i poszarpać w symulator lotu Marianem. Trochę szkoda... To uzmysłowiło
niezaprawionym że nastała wojna i nie było już czasu ani miejsca na żadne
sentymenty.
Po wyjściu z pomieszczenia zastałem bandę ludzi którymi miałem teraz
dowodzić. Nie nazwałbym ich żołnierzami... Prawie piećdziesiątka młodszych
bądź starszych dresiarzy. Było wśród nich kilka kobiet (choć to dumne
określenie jak na wytapetowane lampucery dekorujące się zdecydowanie nadmierną
ilością "nie testowanego na zwierzętach" badziewia...), ale
zdecydowana większość to mężczyźni. Czekali chyba aż coś im powiem. Nie
miałem na to ochoty ale coś powiedzieć trzeba było...
Przemowa nie była czymś do czego byłbym stworzony. Jednak sytuacja zmusiła
mnie do wysilenia szarych komórek. Nie próbowałem nawet okłamywać tych
ludzi że to tylko kolejna potyczka z której Najjaśniejsza wyjdzie obronną
ręką... Nie starałem się też dodawać im otuchy. Jedyne do czego moją "mowę"
można porównać to wywołanie (bądź uwolnienie - jak kto woli) nieprzebranych
pokładów nienawiści do skubańców którzy mieli czelność przylecieć tu i
użyć nas jak tarcz strzelniczych. Nie było mowy o heroizmie, odznaczeniach
i innych wyróżnieniach za zasługi. Nie mogę za to powiedzieć że nie było
czarnowidzenia. Powiedziałem im otwarcie to co sam miałem na myśli od
momentu kiedy poczułem to dziwne uczucie zagrożenia. Mieliśmy przewalone
na całej linii i musieli zdać sobie z tego sprawę. Skończyły się właśnie
czasy świetności Wielkiej Rzeczypospolitej. Zaczęła się walka o przetrwanie.
Walka którą mogli przeżyć tylko najtwardsi, a i to było aż nazbyt optymistycznie
powiedziane...
Lufa rozdał broń nowemu oddziałomi. Któryś z nich rzucił ironiczne "Jesteśmy
żołnierzami..." jakby w tej chwili miało to jakieś większe znaczenie...
Broń... Nie spodziewałem się że będziemy mieli jakąkolwiek. Okazało się
że nasi dresiarze mają tego trochę. Mają i potrafią używać. Część broni
pochodziła ewidentnie z posterunków policji i być może resztek koszar.
Ale były tu też egzemplarze broni których pochodzenia nie znałem. Ba,
nawet nie byłem w stanie określić co to za pukawki. Te były albo poprzerabiane
albo pochodziły z zasobów MI która to miała w Słupsku swoją małą delegaturkę.
Zdaje się że chłopaki doskonale wiedzieli gdzie to "biuro" się
znajdywało...
Kątem oka zerknąłem na ścierwo Psa zakutego w pancerz. Jeżeli on sam
jeden był w stanie zrobić to co widzieliśmy to bardzo się cieszę że PKI
ma Mechy na składzie. Zapakowaliśmy gnoja na znalezionego i w miarę sprawnego
Ursusa XXII. Świt był coraz bliżej.
Wyruszyliśmy może na kwadrans przed świtem. Kilku chłopaków z przodu
robiło za namiastkę zwiadu którego nie mieliśmy. Póki byliśmy w terenie
w miarę zabudowanym radzili sobie całkiem nieźle. Problemy zaczęły sie
pojawiać kiedy wyszliśmy na teren poza miastem. Ale nie było to nic czego
nie można było zniwelować po dwóch godzinach marszu.
Dwie godziny po wschodzie słońca Kędzior zaczepił mnie wskazując kształt
na niebie. Przyjrzałem mu się z bliska starając sie zarejestrować jak
najwięcej szczegółów. Wtedy dotarło do mnie co to jest. To jakiś dziwny,
niewielki transporter. Ufoludki robiły właśnie desant na Słupsk. Jakby
było tam jeszcze cokolwiek... Debile czy co? Zrzuili dwanaście "kształtów",
z tego co naliczyłem. A wyskakiwali pieruńsko szybko. Cztery piersze były
takimi samymi pancerzami jak ten którego wieźliśmy. Mogło być gorąco...
Za nimi wyskoczyło kilka większych. Mieli jakąś broń, chociaż jaką - tego
już żaden z nas nie zdąrzył zauważyć. Postanowiliśmy zgubić się w okolicznych
lasach. To dawało przynajmniej namiastkę szans na przeżycie. Problem polegał
na tym że w las nie mogliśmy zabrać ładunku który wieźliśmy ze sobą...
Trzeba było szybko coś wymyśleć. Po kilku chwilach narodził się plan.
Wywaliliśmy ogniwo wodorowe na które chodził Ursus i na szybkiego wkopaliśmy
je wokół pojazdu. Zakładając że ten gnój miał w pancerzu nadajnik który
wskazywał reszcie pozycję pewnie idą po niego. Nie oddamy im go. Miałem
go dostarczyć do Sztabu i to zamierzałem zrobić. Kazałem chłopakom pochować
się w sporej odległości, wybuch ogniwa mógł nieźle nabruździć... Lufa
pomógł mi odpowiednio dobrać miejsce rozlokowania ogniwa którego zamierzaliśmy
tu użyć i odpowiednio je przygotować. Miało to wyglądać na wypadek, tak
jakby Ursus się rozkraczył i trzeba było go zostawić. Nie wyglądało to
idealnie, ale liczyliśmy na to że Psy nie znają się na ziemskim sprzęcie
na tyle dobrze żeby skumać o co chodzi... Zostawiliśmy ścierwo układając
je tak żeby Ursus osłonił go przed ewentualnym wybuchem i zaczęliśmy wycofywanie
się na z góry upatrzone pozycje. Spieszyliśmy się jak jasna cholera. Żaden
z nas nie wiedział jak szybko mogą się poruszać tamci i kiedy dotrą na
miejsce pułapki. Po kilku minutach usłyszałęm trzask łamanych gałęzi.
Znieruchomiałem. Dotarło do mnie że to nie gałęzie się łamią tylko drzewa...
Drzewa przy drodze w okolicy miejsca gdzie ustawiliśmy ich z martwym kolegą.
Przypadliśmy do ziemi. Lufa tym swoim ciężkim pancerzu który znalazł jeszcze
w mieście i ja. Niewiele było widać z tej odległości nawet przy użyciu
lornetek. Jedyne co zobaczyliśmy to potężny wybuch. Serca załomotały nam
chyba równie mocno. Plan zadziałał! Trzeba było tylko pójść i sprawdzić
efekty. Po dotarciu na miejsce zastaliśmy tam już lejtnant Bojarską ostrożnie
wyglądającą spomiędzy krzaków. To co ujrzeliśmy poraziło nas nieco. Po
pierwsze - las nie płonął tak jak powinien. W zasadzie prawie nie ucierpiał.
Nie było płonących drzew, leju jaki powinien się tu znajdować... Nic oprócz
przewalonej na bok maszyny. Po krótkiej obserwacji wyszliśmy z krzaków.
Plan zadziałał, ale tylko połowicznie. Znajdowały się to dwa "ciała"
w resztkach pancerzy podobnych do tego którego wystawiliśmy na przynętę.
Nie towarzyszył temu żaden zapach oprócz zapachu nadpalonego drewna. Dopiero
teraz doszło do nas że wybuch był za słaby jak na taki ładunek. Z początku
obawialiśmy się czy to w ogóle zadziała, ale skoro zadziałało to powinna
nastąpić potężna ekslplozja, a nie tylko małe bum. Ciężko było to wytłumaczyć.
Podszedłem bliżej. Wzdłuż drogi zauważyęm kolejne leżące pancerze. Było
ich jeszcze czterech, potężnie wyglądające cielska. Każdy z nich miał
jakiś dziwny system przewodów podłączonych do czegoś co nazwałbym hełmem.
Przyjrzeliśmy się najpierw tym większym. Przewody zdawały się być organiczne,
poruszały się powoli i nierytmicznie. To mogło oznaczać że jeszcze żyją.
W głębi duszy ucieszyłem się, ale radość ta była bardzo krótka. Lufa nie
zastanawiał się długo. Usłyszałem tylko jak krzyknął "Naddźwiękowa!"
i ledwie zdąrzyłem skompensować nadmiar huku. Wywalił automatem. Najpierw
do pierszego, drugiego, później do kolejnych... Kule z początku odbijały
się od pancerzy, ale kiedy zaczął mierzyć w same hełmy, poszło już łatwiej.
Rozsmarował ich. Z pozostałych niewiele było do zebrania. Jedyny pożytek
z tego taki że wiedzieliśmy jak to ustrojstwo wygląda pod pancerzem. Nie
był to pełen obraz ze względu na zniszczenie ciała jakiego dokonała: raz
bomba, dwa giwera Lufy, ale zawsze to więcej niż mieliśmy do tej pory.
Pół godziny później doszły nas odgłosy silników... Chwilę po tym zobaczyliśmy
na drodze kilka samochodów terenowych z wyraźnym napisem na maskach "Nadleśnictwo
Leśny Dwór". Okazało się że chłopaki szli i szli aż w końcu trafili
na jakąś leśniczówkę. Wyszli do niej i trafili na dwójkę leśniczych na
potężnym kacu. Popijali sobie zdrowo i nawet nie wiedzieli że coś się
dzieje. Zostali wcieleni do PKI w trybie natychmiastowym. Na fury zapakowaliśmy
ocalałą przynętę i część sprzętu tych większych. Miejsce obłożyliśmy małą
bombką paliwową tak "na wszelki wypadek". Po jakimś czasie plułem
sobie w brodę że nie wzięliśmy jakichś próbek na badania genetyczne czy
coś, ale szybko stwierdziłem że mamy wystarczająco dużo w środku tego
pancerza. Niepokoiła mnie tylko myśl o nadajniku, ale pozbyć się gnoja
nie zamierzałem.
Jazda wcale nie była taka łatwa jak nam się wydawało. Pomimo tego że leśniczy
znali okoliczne lasy, to z prowadzeniem pojazdów było gorzej. Kilkukrotnie
musieliśmy się zatrzymywać z powodu wypadnięcia naszego bagażu. I tak
był martwy więc nie robiło nam to różnicy. To było kilka dni włóczęgi
po lasach i szukania miejsc gdzie można się schować.
Ten wieczór spędzaliśmy na postoju w jednej z przydrożnych knajp. Panował
to niczym niezmącony spokój. Martwe miejsce...
Noc była spokojna... za spokojna. Ale może to po prostu moja wyobraźnia
szukała dziury w całym. Taką miałem nadzieję. Wciąż tylko nadzieję.
Miałem już kłaść się spać, przekimać te kilka godzin i ruszać dalej, ale
coś nie pozwoliło mi zasnąć. Tym czymś był wystrzał jednego z wartowników.
Nie miałem zamiaru się spieszyć. Pośpiech może tylko i wyłącznie pogorszyć
sytuację. Powoli, ostrożnie do okna. Broń przeładowana, wszystko po cichu.
Widzę że Kędzior też jest na nogach, podobnie połowa chłopaków których
ucisza gestem Bojarska. Wszyscy milczeliśmy czekając na to co teraz nastąpi.
Broń wymierzona w okna, drzwi a nawet ściany. Napięcie rosło. Nagle pękają
drzwi. Do środka wpada wartownik rzucony z nadludzką siłą. Przebija się
przez kolejną ściankę. Któremuś pękają nerwy, naciska spust. Każda akcja
ma reakcję... Kolejno z różnych stron odzywa się szczęk zamka i seria
z broni. Seria, automat, czasami pojedyncze wystrzały... Staram się przekrzyczeć
huk wystrzałów "Wstrzymać ogień!! Wstrzymać ogień!!" Po chwili
udaje sie, ale dopiero w momencie kiedy większości kończy się amunicja.
Pośpiesznie przeładowują. Twarze trzech siedzących najbliżej dziury w
ścianie wykrzywia nagle wyraz bólu. Kilka osób to dostrzega. Niepokój
zamienia się w strach, powoli postępującą panikę. Lufa okazał sie najtwardszy.
Skokiem przysunął sie do roztrzaskanych drzwi i wyrzucił coś przez otwór.
Eksplozja granatu oślepiającego na zewnątrz. Jakiś dźwięk. Lufa wyskoczył
z pomieszczenia i kierując broń w stronę dzwięku zaczął strzelać. Pomiędzy
seriami słyszałem tylko jego krzyk. Brzmiało to potępieńczo, ale dodało
otuchy reszcie. Mowa gestów poszła w ruch. Pora na zabijanie! Nie dajmy
wziąść się jak świnie w masarni! Niestety tylko trójka z nas była żołnierzami.
Pozostali nie mieli pojęcia o co nam chodzi z tym machaniem rękami. Adrenalina
jednak zrobiła swoje. Zaczęli wypadać na zewnątrz w największym nieładzie
jaki widziałem od czasu manewrów francuskich oddziałów szturmowych...
To się musiało skończyć rzeźnią. Kilku wyleciało z nienawiścią w oczach,
następni nie mieli tyle szczęścia. Z podziurawionej ściany powstałej na
skutek rzutu wartownikiem wychyliła się postać. Nie wystrzelił, wykonał
tylko bardzo szybki ruch ręką. Stojący na linii zawyli. Ich ciałami wykręciło
jakby w konwulsjach. Kiedy odwracali się żeby zareagować w jakiś sposób
widziałem już na ich twarzach początki tej dziwnej zarazy... Jednemu właśnie
wylewało się oko, inny tracił właśnie dolną szczękę która odrywała się
od reszty czaszki jakby kości mu się rozpuszczały... Nigdy nie zapomnę
tego widoku. Nie zapomnę bo nigdy nie widziałem czegoś tak okropnego...
przerażającego... obrzydliwego a jednocześnie tak zniewalająco hipnotyzującego.
Pomimo rozgywającej się wszędzie wokół walki, odgłosu wystrzałów i zadawania
śmierci, nie byłem w stanie oderwać spojrzenia od tego co się z nimi działo...
Dopiero jakaś eksplozja na zewnątrz pozwoliła mi się otrząsnąć. W samą
porę żeby zobaczyć jak jeden z większych dresiarzy jakich mieliśmy ze
sobą kończy zapinać żyrostabilizator z podpiętym działkiem szturmowym
klasy "Nicość". Podobne montowało się kiedyś na Sobieskich ale
okazały się za mało śmiercionośne według obsługi Hiperfortec. Dopiął ostatnią
klamrę, wychylił się przez okno ukazująć jaką trudność sprawia mu ciężar
i zaczął strzelać. Coś wybuchło na zewnątrz. Słup ognia spowodował że
opuściłem głowę żeby uniknąć całkowitego oślepienia. Chwila na włączenie
kompensacji... Trafiłem na miejsce w którym stała trójka "zarażonych".
Nie było tam ciał, to co tam leżało nazwałbym raczej uosobieniem złośliwego
raka płuc. Przynajmniej zawsze tak wyobrażałem sobie że rak płuc może
wyglądać... Skoczyłem do wyjścia przytowojąc się do oddania strzału jak
tylko zobaczę przeciwnika. W drzwiach natknąłem się na Bojarską która
jednym silnym uderzeniem wepchnęła mnie z powrotem do środka. Oddała kilka
serii nad moją głową po czym szczupakiem rzuciła się w głąb pomieszczenia.
Odwracała uwagę ode mnie... W ostatniej chwili otworzyłem ogień. Skurwiel
już gotował się do wyprostowania ręki. Pierwsza seria porysowała mu tylko
pancerz, snop iskier dał mi jednak tą odrobinkę światła potrzebną do zlokalizowania
łączeń hełmu z resztą pancerza okrywającą tułów. Ta chwila wystarczyła.
Strzał wybił Psa z równowagi, następna seria doszła do celu. Nie zabiło
go to jednak. Człowiek pewnie nazwałby to lekką raną... Zaczął się odwracać.
Kurwa, ależ on był szybki!! Kolejna seria wymierzona w łączenia trafiła
już w te przewody które miał podłączone do hełmu. To był chyba ich czuły
punkt. Z drugiej strony lejtnant obkładała ogniem tył jego głowy. Kiedy
padał na zewnątrz milkły już dźwięki potyczki.
Pomimo tego że wygraliśmy nie czułem się radośnie. Namierzyło nas dwóch
z nich. Straty po naszej stronie to 18 zabitych szeregowców, kolejna siódemka
już zarażona nadająca się tylko do dobicia. Zginął też Lufa, zginął śmiercią
w zasadzie bohaterską, chociaż gdybym mu to powiedział to dostałbym pewnie
w ryja. Taki z niego był typ człowieka. Zginął wysadzony przez tego durnia
które ostrzelał samochody z działka szturmowego... Bilans strat był zdecydowanie
po niewłaściwej stronie... W mojej głowie kołatała się coraz bardziej
jedna myśl zagłuszjąca wszystkie inne "Musimy dostać się na umówione
miejsce!".
Wyruszyliśmy od razu. Każdy z nas chciał jak najszybciej opuścić to miejsce.
Martwe miejsce...
Plan uległ drastycznej zmianie kiedy okazało się że ta dwójka nie była
sama. Poruszali się w rozproszeniu i odgłosy walki musiały sprowadzić
ich na nasz ślad. Kierunek ucieczki zmienialiśmy tyle razy i w tak chaotyczny
sposób, że w pewnym momencie nikt z nas nie wiedział gdzie jesteśmy. Ale
jechaliśmy dalej. Dalej i szybciej. Czas zdecydowanie nie grał na naszą
korzyść. Mieliśmy go coraz mniej. Tak samo jak i ludzi. Na jeden z samochodów
w pewnym momencie coś chyba spadło. Albo po prostu został trafiony. W
nocy i podczas szaleńczej ucieczki można mieć swojego rodzaju zwidy. W
każdym razie na pewno nie wybuchł, więc nie dostał żadnym ze znanych mi
rodzajów amunicji. Chyba że EMP... Nie było czasu żeby się nad tym zastanawiać.
Ne jesteśmy pierdoloną armią amerykańską która zawsze wraca po swoich.
Jeżeli ktoś zostaje w tyle musi radzić sobie sam. Przeżyje to może kiedyś
trafi na mnie i będzie mógł dać mi w mordę. Póki co miałem większe zmartwienia.
I ważniejszy cel.
Nie wiem czy znudziło im się ściganie nas, byli za wolni czy może nasz
ostrzał przyniósł w końcu efekty i pozabijaliśmy wszystko co nas goniło.
Nie wiem też ile dokładnie dni minęło od kiedy przestaliśmy zauważać jakiekolwiek
oznaki pościgu. W każdym razie wydawali się zostać w tyle jeżeli w ogóle
jeszcze żyli. Nie zatrzymaliśmy się jednak. Samochody prowadzone były
na zmianę. Ciągle w ruchu. I tak przez kilka najbliższych dni. Aż skończyło
się paliwo...
Na szczęście było to bardzo blisko morza. Kluczyliśmy po bezdrożach nie
wiedząc nawet gdzie się znajdujemy. Dopiero widok znajomego szlabanu z
zakazem wjazdu uświadomił nam gdzie się znajdujemy. Orzechowo przywitało
nas świeżym podmuchem morskiej bryzy.
Po kilku, a może kilkunastu dniach mięliśmy już jako tako opanowaną sytuację.
Schowaliśmy się w jedym z budynków wybudowanych między drzewami. Okleiliśmy
go wewnątrz folią do pieczenia znalezioną w pobliskim sklepiku. To powinno
unimożliwić wykrycie nas przez wydzielane ciepło. Teraz było trochę łatwiej.
Zapakowaliśmy ścierwo Psa na pierwszą znalezioną łódkę która była w stanie
pływać, ustawiliśmy ją na autopilota i czekaliśmy co się stanie. Pochowani
w lesie cały czas obserwowaliśmy łódź. W końcu się pojawili. To był znów
transportowiec. Mały, szybki i zajebiście sterowny. Nie uwierzyłbym że
to transportowiec gdybym wcześniej nie widział jak z niego wyskakują te
maszyny do zabijania. Lecieli dość nisko więc mogliśmy ich obejrzeć. Nie
tak dokładnie jakbyśmy sobie tego życzyli, ale jednak. Tym razem wylądowali.
O dziwo nie na brzegu, czy w pobliżu łódki, ale zaraz obok porzuconych
przez nas samochodów. Usiadł na ziemii bardzo delikatnie. Ze środka wyszła...
nie, wysunęła się jakaś postać. W podobnym pancerzu, bez żadnej widocznej
broni. Jak na pierdoloną majówkę! Posuwistymi ruchami, jakby delikatnie
unosząc sie kilka centymetrów nad ziemią zbliżyła się do auta. Dłuższą
chwilę stała/wisiała przy niczym konester sztuki przed dziełem muzealnym.
Później postać wróciła do pojazdu i odlecieli. Nic z tego nie zrozumiałem...
Jeżeli ten pancerz miał nadajnik to dlaczego nie zabrali swojego? Czyżby
im było wszystko jedno? O co tu do kurwy nędzy chodziło? Może w Sztabie
będą wiedzieli więcej... Może będą wiedzieli cokolwiek na temat najeźdźcy...
Po kolejnych kilku dniach stwierdziliśmy że nie ma sensu dłużej tu sterczeć.
Konieczność nakazywała skontaktować się z kimkolwiek. 4 kilometry od nas
była kiedyś jednostka wojskowa. Przy pomocy sprzętu który tam znaleźliśmy
chcieliśmy złapać częstotliwość używaną przez naszych. Niestety nie było
z nami radiooperatora... Informatyk zszedł bo przedawkował, a teraz był
nam potrzebny chyba bardziej niż kiedykolwiek. Jednak szeregowi też sie
do czegoś przydają poza oddawaniem życia za swoich dowódców. Niejaki Brzoza
okazał się całkiem nieźle orientować w technicznych zabaweczkach. Coś
tam mówił że to podobne do wieży stereo jaką miał na chacie tylko trochę
bardziej skomplikowane. Prawie dwa dni składał z tego stację która miała
odebrać każdy sygnał jak twierdził. Problem polegał na tym że nie była
to normalna radiostacja i nikt oprócz Brzozy nie chciał ryzykować porażenia
elektrycznego. Więc jedynym kandydatem do obsługi tego został sam twórca.
Przez najbliższych kilka dni bezskutecznie próbował namierzyć kogokolwiek
z naszych. My nie traciliśmy czasu. Wyselekcjonowaliśmy łódkę na którą
przerzuciliśmy cały sprzęt i którą mieliśmy zamiar spieprzać jakby coś
się pojawiło.
...
To nieprawdopodne jak ostatnie wydarzenia mnie zmieniły, całe życie starałem
się żyć z pewnymi ideami i nagle wszystko runęło. Siedzę teraz z papierosem
w gębie (nie ma to jak nauczyć się jarać w 5 minet) gdzieś w kącie pustego
pokoju i staram poukładać myśli... kurwa co mam robić?? Mogłem posłuchać
rodziców wykształcić się i zapieprzać spokojnie za biurkiem, ale nie,
ja musiałem wybrać armię i karierę żołnierza marzenie każdego dzieciaka,
szkoda tylko, że nie wypaliło z MI. Ciekawe ile mi jeszcze zostało życia??
To pytanie chyba zadają sobie wszyscy moi żołnierze...
Wkońcu dotarło do mojego zakutego łba, że za dużo myślę a za mało działam,
więc postanowiłem dźwignąć dupsko i sprawdzić co u moich żółnierzy. Wchodzę
do drugiego pomieszczenia i co widzę?? Syf, kiłę i mogiłę... totalny rozpiździel
jakbym dowodził bandą niechlujnych dzieci a nie żołnierzami... w tym momencie
me nerwy nie wytrzymały i zacząłem się wydzierać:
- Kurwa!!! Co to Piknik Country czy co?? Na to wygląda, że ja dowodzę
bandą osłów, która
przyjechała na polankę się poopalać, napić pivka i przy okazji jak się
nadarzy coś poruchać...!!!
Panowie to jest wojna, więc ruszać dupska a nie rżnąć głupa...
Ten moment był chyba przełomowy, nie znali mnie z takiej strony. W sumie
po części sam zawiniłem ale przecież pod pieczą nie mam przedszkolaków.
Wsród tych co przeżyli było 4 pilotów (w tym ja) i 11 z obsługi naziemnej...
Wezwałem do siebie najstarszego stopniem sierżanta sztabowego Rozpyla
na krótką rozmowę:
- Sierżancie, zróbcie coś z tą chołotą, poustawiajcie wartę, nakażcie
przygotować maszyny w razie czego, wszytko tip top i tak by nie wzbudzać
żadnych podejrzeń wroga, nie chcę mieć tu piekła jak na lotnisku. To ma
mieć wszystko ręcę i nogi... Zrozumiano??
- Tak jest!!! - odprał i czym prędzej opuścił pomieszczenie...
W sumie na Rozpylu mogłem polegać, doświadczony pilot, budził respekt
wsród żółnierzy V3437.
Ja tym czasem zacząłem obmyślać plan, gdyż nasze wiadomości chyba nie
zostały odebrane przez dowództwo. Zastanawiało mnie czy to kłopoty z łącznością,
czy też coś takiego jak dowództwo już nie isnieje?? W każdym bądź razie
trzeba było mieć plan awaryjny...
Noc nie była spokojna, wszędzie wokół słychać było jakieś wybuchy, niebo
było jasne jak za dnia, na szczęście chyba się dobrze zamaskowaliśmy gdyż
jeszcze żyjemy. Tej nocy nie przespałem, cały czas rozmyślając co robić...
Wczesnym rankiem kazałem Rozpylowi zebrać wszystkich w jednym pomieszczeniu,
gdyż po długich godzinach rozmyślań doszłem do wniosku, że możemy sobie
tu czekać do usranej smierci i zgnić jak ścierwo kota nie nawiązując kontaktu
z nikim...
- Żołnierze, jak wiecie sytuacja jest beznadziejna, jesteśmy praktycznie
odcięci z każdej strony
i szczerze wątpie, że nasze wołanie o pomoc zostanie wysłuchane. Mój plan
jest prosty, ale nie dam wam gwaracji, że się powiedzie i czy wyjdziemy
z tego cało,
dlatego trzeba się przygotować na najgorsze. Więc dzisiaj pod osłoną nocy
wyruszamy na połnoc, być może tam dobijemy do naszych, szczegóły przekaże
sierżant sztabowy, A i żeby wszystko było jasne nie ma żadnych sprzeciwów.
Więć do dzieła trzeba się sprężyć.
Po ich minach szło wywnioskować, że dopiero teraz doszli w jakiej znajdują
się sytuacji. Wkońcu nie było mi to dziwne, sam czułem wielkie rozczarowanie,
jak ktoś mógł zaatakować mój kochany kraj.
Godzina zero zbliżała się nieubłaganie, więc zacząłem się powoli zbierać.
Przed samym odlotem
zarządziłem jeszcze odprawę, by wszystko było jasne, żebyśmy się na wzajem
nie pozabijali podczas startu.
- Panowie -zacząłem- za kilkanaście minut wyruszamy w wyprawę życia,
nie wiadomo czy to nie będzie ostatni lot w naszym życiu. Ale żyjmy nadzieją,
że ta misja nam się powiedzie i uda odnaleść naszych. Dajmy z siebie wszystko,
gdyż nie wiemy nic o wrogu, ale z tego co widzieliśmy na lotnisku możemy
wnioskować, że dysponuje on ogromną siłą i nie będzie łatwo, ale wierzę
w Was... KU CHWALE WIELKEJ!!!
Po czym usłyszałem jak wszyscy odpowiedzili razem "Ku Chwale"
i rozeszli się powoli do samolotów. Zasiadłem za sterami Mariana, przydzieleni
ludzie kończyli usuwać resztki maskowania po czym pakowali się do środka.
Teraz wiedziałem, że nie ma odwrotu, adrenalina uderzyła do glowy, nabuzowałem
się na maxa...
Na rozkaz podany na ustalonej fali piloci zapalili silniki, huk był ogromny
zbudziłby nieboszczyka, obawiałem się, że wróg nas może namierzyć i będzie
przejebane.
Zaczeliśmy kołować na pseudo pas startowy, pierszego Mariana pilotował
Rozpyl, gdyż był lekko
uszkodozny a on miał ogromne doświadczenie (dlatego załadowaliśmy go po
brzegi uratowanym sprzętem z lotniska i 4 ludźmi do pomocy). Ja miałem
startować jako drugi, u mnie na pokładzie był jeszcze jeden pilot do obsługi
radia i nawigacji (gdyż mówiąc krótko nie miał już czym latać) no i dwóch
naziemnych w razie jakiejś awarii. W trzecim leciała reszta.
Zaczęło się, patrze jak olbrzymi samolot Rozpyla wznosi się w powietrze,
teraz kolej na mnie... rozpędzam maszynę tyle co się da i wznoszę się....
o kurwa przychaczyłem o jakieś drzewa, bedę musiał poźniej oddać samolocik
do lakiernika... udało się teraz kolej na ostatnią maszynę, póki co idzie
wszystko jak po maśle... lecz to była jakże bardzo błędna myśl, nagle
słyszę w swym hełmofonie:
- szefie, mamy problem.... kurwa..... dopadli nas, palimy się.... nie
dam rady... zaraz się
rozwalimy... zawracam...
Były to słowa Sierżanta Hermana, pilota który wystartował zaraz po mnie,
ostatnie słowa. Z tego co opowiadał jeden z obsługi, który widział wszystko
z tyłu pokładu mojego Mariana dowiedziałem się, że niezidentyfikowana
jednostka wroga spowodowała, że samolot zaczął się palić. Podobno nie
mieli szans, lecz jakimś cudem Herman wymanewrował tak, że spowodował
zderzenie z wrogiem czego efeketem był wielki wybuch... Tak ogormny, że
straciłem na jakiś czas panowanie nad maszyną...
Poinformowałem Rozpyla o całym wydarzeniu przez radio, podałem koordynaty
gdzie lecimy, nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, byłem wkurwiony, straciłem
ludzi, wyciszyłem się...
Od tamtego wydarzenia lot był spokojny, pod osłoną nocy na dużej wysokości,
tylko w dole było widać pomarańczowe płomienie... tak to Polska płonie...
...
8 czerwca 2057
Tego dnia jak każdego innego zresztą siedziałem przy Brzozie próbującym
nawiązać kontakt. Pomimo ryzyka namierzenia przez Psy próbowaliśmy dalej.
Bo niby co mieliśmy do stracenia..?
- Tu niedobitki jednostki V 3241, jeżeli ktoś mnie słyszy proszę o natychmiastową
odpowiedź. Szefie - Brzoza jeszcze nei nawykł do żołnierskiego stylu zwracania
się do przełożonych - a jak tam nikogo nie ma? Może rzucimy w eter nasze
koordycośtam i będziemy sobie spokojnie czekali. Struny głosowe mi już
wysiadają... Straciłem tachubę który to już dzień takiego nawijania.
- Nie opieprzajcie się Brzoza! Próbujcie dalej - krótka odpowiedź
- Kurwa! szefie, nikogo tam nie ma - chyba zaczynały mu puszczać nerwy
- Próbuj dalej
- Halo, halo, jest tam ktoś? Do kurwy nędzy, odezwijcie się bo zaraz nie
wytrzymam i rozpierdolę to jedbaną stację czy co to kurwa jest! - kontrolę
nad Rrzozą zaczęły przejmować nerwy, normalny żołnierz nigdy by sobei
na to nie pozwolił. Zaczęrpnąłem powoli powietrze w celu wydania z siebie
głośniejszego polecenia mającego na calu motywacją Brzozy i doprowadzenie
go do pionu, kiedy nagle z głośnika odezwał się jakiś głos
- 34 zgłoś sie... ..... powatarzam zgłos sie....
Po chwili konsternacji i dość głupawej wymianie spojrzeń pomiędzy mną
i Brzozą usłyszeliśmy ponownie
- tu v3437 daj kurwa głos....!!!
- Jest tam ktoś? nie no. kurwa... nie ma pola czy ki ch... halo?!? halo!
tu tu szeregowy Brzoza, Ja brzoza, ja Brzoza, zgłaszam się!- szeregowy
darł się do mikrofonu. Widząc moje spojrzenie zmienił ton i ciszej powtórzył
- szefie, mamy jakąś 34...
Powoli kończąc betonowy baton energetyczny znaleziony w pobliskich zgliszczach
spożywczaka podszedłem do mikrofonu.
- Tu pozostałości V 3241, hetman polny Remy, z kim nawiązałem kontakt?
Kurwa, cieszę się że jest jeszcze ktoś żywy!
- Tu Lojtnant Arnie resztki v3437.....spieprzamy na polnoc......
- I bardzo kurwa dobrze bo my jesteśmy na północy i potrzebujemy transportu.
Nie mogliśmy lepiej trafić... jednostki transportowe! jednak jest jakiś
pierdolony, żarłoczny Miecio...
- Daj namiary .... zrobimy sobie postój na kawe i przy okazji zabierzemy....
- Nie ma mowy o żadnym postoju, tu się roi od tych jebańców, bedziesz
musiał zabrać nas z wody, dasz radę?
- O kurwa.... z wody ?? A co my awionetka ??... Jak masz pomysła zapodaj
byle szybko.... bo czasu ni ma żołnierzyku....
Zatkało mnie. Przecież zarówno on jak i ja przedstawiliśmy się sobie łącznie
z nadmieniem stopni wosjkowych. Normalnie za taki tekst kazałbym wykonać
na żołnierzu karę administracyjną , ale zważywszy na sytuację nyłem skłonny
mu to darować.
- Koordynaty to N 54°35' E 16°51'
- Co dalej... ??
- Jak tylko nas zabierzecie lecimy do punktu zboru, w Sztabie czekają
na nas.
- Ale jak mam was zabrac?? Teleportujecie sie czy jaki chu....?? co mam
sie bawić w jasnowidza.... Myslisz że to tak łatwo zabrać... - ignorancja
każdego musiała mieć swoje granice, podobnie jak cierpliwośc. Moja właśnie
się kończyła...
- Jeżeli nie dacie rady żołnierzu zabrać nas z wody to co do chuja pana
robicie w jednostkach transportowych??? Masz koordynaty, tam zobaczysz
jedną, kurwa dryfującą łódkę na pierdolonym Morzu Bałtyckim, takie to
trudne do wykumania?
- Powiedzmy przymus... Z resztą nie ma czasu o pierdoleniu... ja to widze
tak.... trzymiecie sie mocno a ja sie jakos o was zaczepie. Okej, za ile
mam byc??
- I takiej kurwa odpowiedzi się od Was spodziewałem żołnerzu! Tylko nie
dajcie się po dordze rozpierdolić i nie róbcie sobie postojów na jebane
siku! Czekamy na Was więc nas nie zawiedźcie. Jak szybko możesz być?
- Myślę że z 13 minet i będziemy
- Do zobaczenia zatem.
Z jednej strony cieszyłem się że Sztab w końcu dostanie te swoje zabawki.
Że wreszcie dane nam będzie odpocząć choć chwilę i może nawet wypić piwko
czy dwa w towarzystwie prawdziwych żołnierzy. Z drugiej jednak miałem
dzinwe pdczucie niedocenienia rangi PKI. Ten pilot... Arnie, będzie musiał
poczuć co oznacza łańcuch dowodzenia...
...
Ciszę przerwał sierżant Ywald - pilot w expresowym tempie przekształcony
w radiowca:
- Lejtnancie Arnie !!! Odebrałem wiadomość od jakiś niedobitków na ziemii...
ale ledwo co słychać bo są zakłócenia, że ja pierdolę.
- Przełacz mi to na hełmofon, ale szybko nie możemy ich zgubić !!!
- Tak jest, już zrobione...
To była szansa na nawiązanie kontaktu, nie można było jej zaprzepaścić...
zacząłem nawoływać przez radio jak głupi...
- tu 34... zgłoś się... powtarzam zgłoś się...
- szzzzzzzzzzzzztszzzzzz
Tyle słyszałem, jebane zakłócenia... ponowiłem komunikat:
- Tu V3437 daj kurwa głos....!!!
- Jest tam ktoś? nie no. Kurwa... nie ma pola czy ki ch... halo?!? halo!
tu tu szeregowy Brzoza, Ja
brzoza, ja Brzoza, zgłaszam się! Tu pozostałości V 3241, hetman polny
Remy, z kim nawiązałem kontakt? Kurwa, cieszę się że jest jeszcze ktoś
żywy!
Morda się ucieszyła, była jakaś nadzieja...
- Tu Lejtnant Arnie resztki v3437.....spieprzamy na północ...
- I bardzo kurwa dobrze bo my jesteśmy na północy i potrzebujemy transportu.
Nie mogliśmy lepiej trafić... jednostki transportowe! jednak jest jakiś
pierdolony, żarłoczny Miecio...
- Daj namiary.... zrobimy sobie postój na kawę i przy okazji zabierzemy....
- Nie ma mowy o żadnym postoju, tu się roi od tych jebańców, bedziesz
musiał zabrać nas z wody, dasz radę?
Że co !!?? Musiałem szybko odreagować i chyba przesadziłem...
- O kurwa.... z wody ?? A co my awionetka ??... Jak masz pomysła zapodaj
byle szybko.... bo czasu nie ma żołnierzyku....
- Koordynaty to N 54°35' E 16°51'
- Co dalej... ??
- Jak tylko nas zabierzecie lecimy do punktu zboru, w Sztabie czekają
na nas.
- Ale jak mam was zabrac?? Teleportujecie sie czy jaki chuj ?? Co mam
sie bawić w jasnowidza.... Myslisz że to tak łatwo zabrać...
No co za tuman chcesz po dobroci to on się jeszcze bawi w kotka i myszkę
(choć myszką bym się chętnie sam pobawił)...
- Jeżeli nie dacie rady żołnierzu zabrać nas z wody to co do chuja pana
robicie w jednostkach
transportowych??? Masz koordynaty, tam zobaczysz jedną, kurwa dryfującą
łódkę na pierdolonym Morzu Bałtyckim, takie to trudne do wykumania?
- Powiedzmy przymus... Z resztą nie ma czasu o pierdoleniu... ja to widzę
tak.... trzymiecie się mocno a ja sie jakoś o was zaczepie. Ok, za ile
mam byc??
- I takiej kurwa odpowiedzi się od Was spodziewałem żołnerzu! Tylko nie
dajcie się po dordze
rozpierdolić i nie róbcie sobie postojów na jebane siku! Czekamy na Was
więc nas nie zawiedźcie. Jak szybko możesz być?
- Myślę że z 13 minet i będziemy
- Do zobaczenia zatem.
- Bez odbioru...
Za 13 minut miałem się wybrać na ryby... jak się nie uda to oni się potopią
i będę winny, że też
mnie to musiało spotkać... Czym prędzej otworzyłem klapę luku transportowego
i zacząłem rozwijać linę wciągarki, oby wytrzymała szarpnięcie... jeszcze
5 min i bedę u celu... poinformowałem Rozpyla by zataczał koła i czekał
aż zakończę połów, dopiero wtedy będziemy lecieć mam nadzieje, że do dowództwa...
Żeby umilić sobie wyknanie zadania zapuściłem sobie w kasku pewną tanz
metalową grupę z czasów Madagaskaru... ciężko było dostać tę płytę, więc
się z nią praktycznie nie rozstawałem - zawsze była pod ręką w kokpicie
(gdyby tylko przełożeni wiedzieli, że mam odtwarzacz w maszynie pewnie
bym czyścił latryny do końca życia)...
Zbliżam się do łódki obniżam lot, jestem coraz bliżej...podchodzę....
i ciul zjebał bombki swiąt nie będzie.... minąłem się... o ja pierdolę...
Marian zrobił tak ogromną falę, że omal łódka nie zatonęła... Kolejne
5 minut poświęciłem na zawrócenie samolotu i odpowiednie ustawienie się,
teraz musiało się udać. Podgłośniłem muzę, pełne skupienie, już prawie
podchodzę... trzymajcie się mocno panienki... oooooooooo !!! nagle szarpnęło,
to był znak, że ich mam... ufff mogłem odetchnąć... Zacząłem ich powoli
wciągać na pokład... w kilka chwil łódź znalazła sie tam gdzie powinna
a ekipa ruszyła wyciągać ludzi... tak żeby umilić im lot zarzuciłem textem
przez głośniki:
- Witamy na pokładzie... tu lot 666 proszę wygodnie usiąść, panienki
zaraz Was obsłużą...
Teraz mogłem spokojnie podnieść samolot wyżej i czekać na dalsze intrukcje...
...
Przyznam od razu - zdarzało mi się pracować z lepszymi pilotami. Potężny
Marian jest przecież w gruncie rzeczy precyzyjny jak skalpel w rękach
Religi. Lejtnant Arnie jednak chyba jeszcze nie doszedł do tej charakterystycznej,
rutynowej wprawy. Chyba że zrobił to specjalnie... Przez szarpnięcie którym
poderwał naszą łódkę zaczepiając ją "na hol" jak to ujął, stracilismy
dwóch szeregowców którzy nie posłuchali i nie zamierzali się niczym przypinać.
W sumei wina leżała po obu stronach...
Lina wciągnęła nas na górę, do komory transportowej Mariana. Zeskoczyłęm
z łódki i pierwsze co zrobiłem to ruszyłem w stronę kokpitu. Pilot właśnie
kończył manewr podnoszący nas wyżej. Uśmiechnął się na mój widok. Odniosłem
dziwne wrażenie że ten uśmiech podszyty jest ironią "Co Wy byście
bez nas zrobili". Pewnie po raz kolejny mi się wydawało ale emocje
zrobiły swoje. Nie zastanawiając sie dłużej poprawiłem bluzę munduru,
chwilę dłużej zatrzymując spojrzenie na moich oznaczeniach hetmańskich.
Dałem mu do zrozumienia kto tu jest wyższy stopniem. Usiadłem spokojnie
na fotelu drugiego pilota po czym szybkim ruchem łokcia rozbiłem mu łuk
brwiowy. Samolotem zatrzęsło, przez moment chyba nawet spadaliśmy, ale
reacja Arniego szybko wyprostowała stery. Jednak potrafi pilotować w warunkach
stresogennych.
- Jestem hetman polny Remy. Myślę że zrozumiałeś już zależność pomiędzy
nami dwoma. Nigdy, powtarzam, nigdy więcej nie próbuj nawet zwracać sie
do mnie tym swoim pierdolonym luzackim tonem jeżeli w pobliżu są inni
żołnierze. Myślę że się polubimy...
...
Do kokpitu wszedł gościu, to pewnie ten, z którym rozmawiałem przez radio...
poprawiając mundur dał mi znać kto tu rządzi, usiadł w fotelu drugiego
pilota, przeczuwałem, że coś nie tak... miałęm rację, bo w momencie zajebał
mi z łokcia w ryj... cios był na tyle skuteczny, że rozwalił mi łuk brwiowy
a ja na moment straciłem kontrolę na Marianem... później dodał:
- Jestem hetman polny Remy. Myślę że zrozumiałeś już zależność pomiędzy
nami dwoma. Nigdy, powtarzam, nigdy więcej nie próbuj nawet zwracać sie
do mnie tym swoim pierdolonym luzackim tonem jeżeli w pobliżu są inni
żołnierze. Myślę że się polubimy...
Nie odpowiedziałem, był to pewien rodzaj zignorowania tego, ale wiedziałem,
że oberwałem słusznie, za moją niewyparzoną gębę... ocierając twarz z
krwi i po przekazaniu mi odpowiednich koordynatów razem z sierżantem sztabowym
Rozpylem skierowaliśmy Mariany ku Głównemu Dowództwu...
Ale jak pech to pech, ledwo co skończyliśmy połowy na morzu a tu jakby
spod ziemi na ogon się
przyczepił transportowiec wroga (przynajmniej tak twierdził hetman polny).
Przekazałem informacje Rozpylowi by podąrzał dalej w stronę sztabu, a
ja tymczasem próbowałem to ciulstwo wymanewrować, ale nie było szans,
za szybkie, za zwinne... skoro się już nas tak uczepili, to było wiadomo,
że w odpowiedniej sytuacji nas zniszczą, nie było więc czasu do stracenia...
Wpadłem na zacny pomysł, podpuściłem ich troche bliżej, otwierając już
wcześniej właz komory transportowej, wyczkałem odpowiedni moment, i spuściłem
z zaczepów kuter, który kilka chwil wcześniej złowiliśmy wraz z dzielną
zalogą . Na efekt nie trzeba było długo czekać, zaskoczony pilot wroga
nie zdążył wykonać żadnego manewru i poszli na czołowe...siup dup i po
sprawie...teraz mogliśmy spokojnie dołączyć do reszty i udać się tam gdzie
nakazał herr hetman...
powrót
|